|
|
czwartek, 23 lutego 2012
Dziś chłopaki z jednostki mieli ćwiczenia na lodzie. Pojechałyśmy z dowódcą samochodem operacyjnym nad zalew, popatrzyłyśmy jak chłopaki działają. Wycięli przerębel w lodzie, jeden z nich w tej wodzie siedział, a inni go ratowali przy użyciu różnych tam sprzętów. Fajny widok. Dowódca się zebrał pozałatwiać sprawy, więc my wracałyśmy samochodem bojowym z chłopakami. A że pełen zespół był, to miejsca brak, więc jechałyśmy im na kolanach :) A reszta dnia spędzona na gadaniu w kuchni z nimi i na grze w ping-ponga.
Podoba mi się tam szalenie :)
środa, 22 lutego 2012
Dziś dla odmiany nasz dowódca nas zabrał na ćwiczenia do miasta obok. Byłyśmy pozorantkami. Pożar w kuchni internatu. Byłam nieprzytomna. Strażacy z OSP tamtego miasta mnie wynieśli, założyli kołnierz, założyli maskę, zapakowali na deskę, przypięli, ustabilizowali i znieśli z 3 piętra. Źle przypięli bo im się zsuwałam z deski. Gdybym się nie zaparła kolanem o pas to bym im pierdolnęła chyba z tej deski na schodach. Dowódca nam porobił zdjęć, pani strażak też. I obecność tam tych kobiet w OSP dowodzi jak nie prawidłowe jest przyjmowanie kobiet do straży. Jak próbowała jedna podnieść Ulkę to aż sobie klęknęła. Dlatego w PSP kobiet się nie przyjmuje do oddziałów bojowych. Jedynie biuro. Ale jaka przyjemność pracować w biurze? Jak obserwuję ich pracę to im normalnie tak zazdroszczę że ło. Dziś mieli wyjazd, ledwo się alarm włączył a oni już w samochodach i jazda. Zakochana jestem w straży jak zawsze. Kolejna z chwil kiedy bardzo przeszkadza mi że nie urodziłam się mężczyzną ;P Podoba mi się kurczę wszystko to, do czego kobiety mimo szczerych chęci się nie nadają.
wtorek, 21 lutego 2012
Dowódca "mojej" jednostki wydaje się surowy, ale chłopaki z dzisiejszej zmiany są zajebiści :)) Jednostka Ratowniczo-Gaśnicza w której się praktykuję z dwiema znajomymi specjalizuje się w ratownictwie wysokościowym. Tak więc ratownik tam pracujący i reszta strażaków zeszli z nami do garażu, rozłożyli sprzęt, spuścili mnie na linie do kanału, a moja koleżanka zeszła zaraz po mnie, w celu ratowania mnie :) Założyła kołnierz, "ubrała" w "trójkąt" do wyciągania z takich miejsc jak studnia itp, podpięła do siebie i chłopaki nas z powrotem wciągali na górę :)
Ogółem dzień zajebisty :)
poniedziałek, 20 lutego 2012
 Widok mniej więcej z połowy stoku. Bajka normalnie.
Dzisiejsze praktyki w straży były... szybkie :D Bardzo miła babeczka będąca opiekunem praktyk nam zebrała dzienniczki praktyk, dała swój numer podzieliła do różnych jednostek ratowniczo-gaśniczych i zaprosiła na jutro na szkolenie bhp. I tyle było na dziś praktyk. Na 8.30 mieliśmy tam być, a o 8.58 byłam już na przystanku z powrotem. Poprosiłam o oddelegowanie do jednostki, która jest kilka ulic wcześniej, bo mam bliżej od domu. Jednostka nowiutka, piękna i blisko. Mam nadzieję, że praktyki przebiegną przyjemnie :)
niedziela, 19 lutego 2012
Właśnie weszłam do domu. Od 16.02 do dziś byłam z Martą i Michałem w górach. Miał jechać jeszcze chłopak Marty ale niestety coś mu ważnego wypadło. Wyjazd był...cudowny :D Śniegu tyle, że przy domku obok, który stał pusty, prawie nie było płotu widać. Pogoda fajna, dopiero dziś się pogorszyła, ale nam to już wisiało, bo zanim się zepsuła na dobre, to już siedzieliśmy w samochodzie w drodze powrotnej. Wyśmigałam się po stoku, który ma 1450 jeśli pamiętam metrów, który jest zdecydowanie za trudny jak na moje podstawowe umiejętności jazdy, ale który mimo to lubię :D Ile pierwszego dnia pozaliczałam gleb to moja mamo :D Zmarznięta byłam jak nie wiem, pierwszego dnia nie znosiłam tego stoku :) Drugi dzień już tylko dwie gleby, dziś na stoku żadna :D:D:D Za to jak już zjechałam ze stoku, podjechałam do Michała, który na mnie czekał i.... jeb gleba. Dosłownie stałam w miejscu i nagle pizg na biodro :D Tak umiem chyba tylko ja :D Tak czy siak stok postawiłam sobie jako punkt zdobyczy. W sensie mam zamiar się tak nauczyć jeździć czy to na nartach czy desce, żeby jazda na nim nie powodowała u mnie takiego strachu. Jednym słowem - jak go nie lubiłam pierwszego dnia, tak go teraz uwielbiam, bo stał się dla mnie wyzwaniem :D Mieszkaliśmy w domku znajomego Michała. Przytulnie i miło. Rano stok, potem obiadek w domku, potem wieczorki przy kominku, raz przy grze w Małych Powstańców, raz po prostu leniuchując, raz przy dobrym filmie a potem książce. Kiełbaski z kominka, grzane wino, mnóstwo słodyczy. Jednym słowem ... było bosko. Jestem zrelaksowana i szczęśliwa jak nigdy. No i wyjazd troszkę też zmienił w moim sposobie myślenia w pewnej kwestii. Zmienił na lepsze. Dużo lepsze :))
Jutro zaczynam praktyki w straży pożarnej. Nie chce mi się wracać z tego wyjazdowego cudownego snu do codzienności, niestety jeszcze obfitującej w uczelnię. Uczelnię na którą nie mogę już patrzeć. Chociaż teraz moja codzienność mimo to jest dużo przyjemniejsza, bo mam kogoś, na kogo mogę liczyć i dzięki komu zdecydowanie milion razy dziennie mi się mordka śmieje i nawet jak coś w moim życiu powoduje że mi źle, to jego obecność sprawia, że wszystkie problemy tracą na znaczeniu :)
Cieszę się, że mam w swoim życiu takich ludzi, dzięki którym życie w tym popieprzonym świecie przestaje być męką a staje się przyjemnością.
Sentymentalna dziś jestem normalnie :D
A widoki ze stoku... mamoooo....
piątek, 10 lutego 2012
No i czas wracać do domu po tygodniowych wakacjach od rodzicielki z okazjonalnymi odwiedzinami. Boooożee jak mi się dobrze żyło z daleka od domu rodzinnego. Ahh mogłabym tak zawsze już. Dobrze że 16 wyjeżdżam w góry i wracam 19 to kolejne parę dni spokoju :))
wtorek, 07 lutego 2012
Teraz wykaże się niesamowitą hipokryzją.
Mam 5 z chirurgii podobno jako jedna z dwóch osób w grupie.
Nie ogarniam.
Wygląda na to, że jednak wszystko zaliczyłam w 1 terminie. Dziś się dowiedziałam, że interna ponoć do przodu, ale nie wiem na co. Ważne że zaliczone. No to zaczynam ferie :D Potem 6 tygodni praktyk, uczelnia dopiero od kwietnia chyba. :D
sobota, 04 lutego 2012
Nie ma to jak wrócić do domu i przeżyć szok. Właśnie spojrzałam w wyniki testu z pediatrii. Od 16pkt było zaliczenie. Czibik ma 17. Nie miałam pojęcia o tym co zaznaczałam nawet bo test był z kosmosu. To wyglądało tak: dostaliśmy 88 zagadnień do opracowania na test. Na teście 3/4 pytań było spoza tych zagadnień. Także większość ludzi strzelało. Na 36 osób 17 nie zaliczyło. Reszta ma 3. Nie ma ani jednej osoby z wyższą oceną. Całą sytuację pozostawiam bez komentarza. Ulgę mam że fuksem zaliczyłam i nie muszę się w poniedziałek poprawiać.
A tak poza uczelnią.
Lubię takie poranki jak dzisiejszy. Od razu świetny humor, nawet mama mi go nie zepsuła. Pies mnie obudził układając się do snu w moich nogach. Kapnęła się że nie śpię to rura z mokrym nosem i mokrym językiem się przywitać. Zawsze mnie bawi jak 12 kilo futra po mnie chodzi jak po dywaniku i wodzi tym mokrym nosem po ramieniu, wyceniając gdzie uskutecznić atak językiem. :) No to jak już obudziła mnie to zabrała się za budzenie paskudnika. Wylizanie uszu zawsze załatwia sprawę. Nawet jak się człowiek ukryje pod kołdrą to wlezie pod kołdrę i czyści delikwentowi ucho :) Albo pachę, bo nie wiem czemu, ale antyperspirant mi atakuje zawsze. Przekroczyłam tylko próg pokoju mamy a ta z darciem, że nie przyjechałam jej pomóc w sprzątaniu. Tak jak już mówię od rana. Chce żebym się wyprowadziła to niech się przyzwyczaja że sprzątać będzie sama. Mimo to, mam naprawdę świetny humor :))
piątek, 03 lutego 2012
Wróciłam właśnie od dentysty. Ku mojemu zaskoczeniu miałam do leczenia tylko jeden ząb. A że mam problemy z oddechem (a przynajmniej tak mi się wydaje) to kazała mi iść do gastrologa. I tu ma rację, bóle żołądka, zgada itp dokuczają mi od paru miesięcy. I znów latanie po lekarzach. Ależ mi się nie chce.
Niedługo idę na egzamin z pediatrii. Egzamin, który będę zdawać ponownie w poprawkowej :P
I przed chwilą się dowiedziałam, że wszyscy zdali chirurgię jednak. No to cieszy Mnie to. Zatem na poprawkową zostanie mi interna i pediatria.
czwartek, 02 lutego 2012
Zabawne
Zabawne jak łatwo jest coś wmówić. Komuś. Sobie. Ludzki mózg jest tak łatwo podatny na sugestie, że dziwi mnie, że świat wygląda jak wygląda. W pewnym momencie nie wiesz już, co masz myśleć i co jest właściwe. Masz przebłysk pewności. Który za chwilę zastąpi przebłysk pewności o przeciwnym biegunie niż poprzedni. I nie wiesz. Czy to co wybierasz jest słuszne. Jesteś pewien decyzji, do momentu w którym zastępuje go pewność, że to był jednak błąd. I tak całe życie. Chodzenie w absolutnej ciemności. Zdawanie się na to, na co akurat wpadniesz. Na to co się przytrafi. Znajdę pracę? Wyjadę za granicę? Zacznę inne studia? Będę szczęśliwa? Dam sobie radę? Dobrze robię wybierając to a nie coś innego? A co jeśli za kilka lat okaże się że popełniłam ogromny błąd. Błąd, który tak czy siak, będzie kosztował moje szczęście? W obecnym momencie nie jestem pewna chyba niczego prócz swych uczuć do Michała, znajomych, medycyny, ratownictwa itp. Ale co ja mam właściwie ze sobą zrobić, to nie mam pojęcia. Czekam na jakiś znak. Który jakkolwiek wskaże mi, w którą stronę powinnam iść. Coś co mi da choć częściową pewność, że jestem dokładnie w miejscu w którym miałam być. Ale nie ma cudów. Nie oszukujmy się. Znaki są w bajkach. A jak już pisałam - w bajki przestałam już wierzyć.
Jedynym egzamin którego się nie bałam był wczorajszy egzamin z chirurgii. I psikus musiał być, bo po napisaniu go, wcale bym się nie zdziwiła, gdybym nie zaliczyła. Można było mieć chyba 6 błędów na jeśli dobrze pamiętam 30 pytań? Nie pamiętam dokładnie. Ale próg wysoki, a niektóre pytania były dziwne dość. Z jednej strony wrażenie że pytanie jak dla debili, ale potem się okazuje, że dobrze, że dla debili, bo debile zaznaczają źle, rzeczy tak oczywiste, że aż samych ich to dziwi, że zaznaczyli błędnie. Jednym z debili byłam Ja. Także psikus. Natomiast dla odmiany właśnie wróciłam z egzaminu z interny, którego absolutnie nie uda mi się zaliczyć w 1 terminie. 50 pytań, 40 minut. Czułam się jak na dzikim zachodzie. Nie dość że strzelanina, to jeszcze dzika pogoń żeby zdążyć :) Wyniki są 7.02. Poprawka 16. A ja 16 śmigam w góry, więc zaraz po napisaniu poprawki, biorę bagaż i jadę. Jutro egzamin z pediatrii. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie ma możliwości, żebym go zaliczyła. Ćwiczeń było niewiele, 88 zagadnień do opracowania zostało nam podane tydzień temu jakoś, większości z tych rzeczy nie było ani na wykładach ani na ćwiczeniach, ale usłyszeliśmy, że jesteśmy na studiach i kształcić się mamy sami. Pomijam, że odpowiedzi na część zagadnień ponoć cholernie ciężko znaleźć gdziekolwiek. Na necie nie, w bibliotece wszystkie podręczniki wypożyczone, a nie każdy ma w domu medyczną bibliotekę, także ogółem wesoło. Będzie test wielokrotnego wyboru co znacznie też zmniejsza moje szanse zaliczenia tego. Pytań ma być dużo. Także, jeśli chodzi o jutrzejszy egzamin to akurat pewna jestem na 100% że nie zaliczę. Cudów nie ma :) I nie zdziwiłabym się, gdyby poprawka była 17 :D Cóż. Najwyżej bym pojechała w góry dzień później. Co do waszych komentarzy. Dajecie mi ludzie dużo do myślenia. Przepraszam, że nie odpisuję, ale po prostu sama już nie wiem, co powinnam odpisać. Z jednej strony mogę się zgodzić z tym co piszecie, z drugiej nie bardzo. Sama nie wiem co myśleć na ten temat. Czytam, myślę nad tym, ale w sumie nic się nie zmienia. Tak. Kocham to. Chęci miałam zawsze. Ale z wykonaniem gorzej. Czyli najgorsze zestawienie. Tymbardziej, że teraz myślę nie tylko o sobie, ale jeszcze o paru innych osobach, szczególnie jednej. Te studia zajmują duuużo czasu. Po 2 nie ma ich w moim mieście. Więc jak by to wpłynęło na Mnie i na Niego? Możecie pisać, że zrozumie, że kariera ważniejsza. Otóż nie. Kiedyś tak miałam. Pogoń za medycyną była najważniejsza. Nie liczyli się znajomi, chłopaki itp. Nie czułam potrzeby posiadania przyjaciół czy chłopaka. Tzm jakby nie było to chłopaka miałam prawie 3 lata, ale wizja że będę go widywać raz na tydzień, czy 2 tygodnie nie robiła na mnie szczególnego wrażenia po pewnym czasie. Ale teraz jest inaczej. Michał stał się najważniejszą osobą w moim życiu. Tego co jest między nami, nie poświęciłabym za żadne skarby. Możecie powiedzieć, że zrozumie, że pomoże, że możemy się widywać weekendami, czy raz na 2 weekendy, że tylko na 1 roku się poświęca cały wolny czas na kucie, a potem się człowiek wyrabia i jest lepiej. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Ocipiałabym chyba nie mając go przy sobie. Z resztą nie oczekiwałabym chyba zrozumienia z jego strony. No bo jak. Skarbie medycyna to moje życie, więc zaczynam studia w innym mieście, gdzie spędzę kolejne 6 (czy tam 5, bo już sama nie wiem???) lat, zrozum mnie, bądź elastyczny i się dostosuj do nowej sytuacji?! Będę szczęśliwa bo medycyna, ale przemęczona i będę miała dla Ciebie mało czasu, mam nadzieję że zrozumiesz? No heloł. Noł łej. Troszkę nie fair wobec niego. I tak wiem, że osoby na lekarskim też mają przecież związki, niektórzy nawet żony, mężów i dzieci i dają radę. Moja znajoma ma faceta od liceum, a jest świeżo po lekarskim i cały czas z nim niezmiennie od 8 chyba lat. (podziwiam go za wyrozumiałość, bo mając kogoś na tym kierunku czasem ciężko jest) studenci często mają partnerów w tym samym mieście. A między nami byłoby ładnych parę kilometrów. Nawet jeśli by zrozumiał, wspierał i BYŁ, to nic nie daje gwarancji, że się uda. Odległość ZAWSZE robi swoje choćby nie wiem jak się chciało. W bajki przestałam wierzyć już jakiś czas temu. To nie bajka to życie - a My jesteśmy tylko ludźmi. Nie potrafiłabym ryzykować utraty kogoś takiego. Generalnie nie wiem nawet jak by na to zareagował. Nie pytałam go nigdy o to skoro zrezygnowałam z leku. Ale z natury jestem pesymistką chyba więc z góry zakładam, że nawet jeśli by mi przytaknął i kibicował, to jest miliard czynników będących przeszkodami, nawet jeśli jest determinacja. Gdyby to tylko ode mnie zależało i tylko o chęci chodziło, to może i bym spróbowała, tym razem bez większych oczekiwań, żeby nie załamać się po raz 3, z resztą teraz mam już kilka innych wyjść, bo ratownictwo mam nadzieję skończone i gdyby się nie udało to kilka możliwości pracy, więc tylko ambicja by ucierpiała. Ale teraz nie zależy to już tylko ode mnie, nie chodzi tylko o chęci ale też predyspozycje. Bo spójrzmy prawdzie w oczy, żeby się nadawać do tego zawodu to nie tylko ważne są chęci, czy dobra pamięć. Wiele osób tak sądzi i potem mamy niektórych takich lekarzy, że o matko jedyna. ( jak moja ex internistka. "nic Pani nie jest, ale skoro pani uważa że jest Pani chora, to przepiszę antybiotyk". No łot de fak ja się pytam.) I może zbyt surowo oceniam, ale nie chciałabym być takim lekarzem. I tak, wiem, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy błędy itp. Ale są lekarze dobrzy ale są też tacy, na których w życiu bym nie chciała trafić. A patrząc obiektywnie na siebie, to nie oszukujmy się. Co z tego, że mam specyficzną pamięć, co z tego, że się szybko uczę, co z tego że to moja największa pasja. Czy tylko to robi ze mnie dobrego kandydata? Do innych swoich cech zaliczam cholerny brak wytrwałości, co możecie łatwo dostrzec po naprawdę prześledzeniu całego bloga. Mam nawyk uciekania od problemu i rezygnacji z celu, gdy problem zaczyna mnie przerastać. Nie jestem systematyczna, a to jest podstawa na tym kierunku. I o ile napadowy leń to rzecz do pokonania, o tyle bycie miękką pipką co spierdala, gdy coś ją przerasta to już nie bardzo. Podsumowując. Ja to kocham i bym się posikała ze szczęścia osiągnąwszy cel. Ale realia robią swoje. Także moje rozmyślania i zakochanie w tym to jedno. Milion argumentów przeciw temu, to drugie. Więc w sumie po co nawet rozmyślać. Może po prostu czas to pogrzebać gdzieś w przeszłości raz na zawsze i żyć realiami?
wtorek, 31 stycznia 2012
Wchodziliśmy po kilka osób. Weszłyśmy we 3 z dziewczynami. Każda losuje po 3 pytania. Wylosowałam moje. Spojrzałam na nie i cała nadzieja znikła :P Stwierdziłam, że owszem powiem wiele na te pytania, ale, że ta Pani dr. uchodzi za szalenie wymagającą to pomyślałam, że moje "wiele" to jednak będzie za mało. Dowiedziałyśmy się, że jesteśmy bardzo dobrymi studentkami i że takich ludzi jak my, właśnie brakuje w służbie zdrowia. Dostałam 5 O_O Aż mi było głupio. Naprawdę uważałam, że moja wiedza z IT jest szalenie mała...
Byłam bordo i cały dekolt miałam w plamach w trakcie i po egzaminie.
Potem jakieś 5 godzin czekałam na uczelni aby zdobyć wpis z interny, z której wpisy były w poniedziałek rano, o czym dowiedziałam się jedząc śniadanie.
Po tej IT do tej pory jestem w szoku.
To już dziś. Egzamin, którego nie zaliczę za żadne skarby.
Na szczęście jutro egzamin z chirurgii, więc dzień bez stresu raczej, bo jeśli chodzi o wiedzę z chirurgii czuję się raczej dobrze. Czego definitywnie nie mogę powiedzieć o wiedzy z Intensywnej terapii..
Także dziś IT, jutro chirurgia, czwartek interna, piątek pediatria. A potem już tylko poprawa tego, czego nie zaliczę w tym tygodniu.
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Nie ma to jak wyjść z domu i wrócić za 24 godziny. Śmialiśmy się, że mama mnie powita chlustając mi święconą wodą w twarz :) Dobrze, że tego nie zrobiła, bo by mi skóra zeszła :))
Mam dziś doskonały humor. Jestem spokojna, zrelaksowana i szczęśliwa jak nigdy. IT ćwiczenia z dr,NMD zaliczone na 4. Jutro egzamin z IT wykładów, u pani dr. Anestezjologa dziecięcego. Egzaminu tego nie zaliczę na 100%. I nawet to mnie jakoś dziś szczególnie nie stresuje.
Paskudnik mój, jak już pisałam wrócił. Zakupił mi gigantyczną czekoladę w kształcie ...NARTY :D Już sam rozmiar słodycza sprawił, że aż mi się cieplej na sercu zrobiło, ale kształt to mnie rozwalił na łopatki :D

Obydwa paskudniki- jeden gadający, drugi szczekający mi tak poprawiły humor, że cieszę michę pół dnia. Kocham ich normalnie :))
niedziela, 29 stycznia 2012
Paskudnik wczoraj koło 23 przekroczył granicę. Obecnie zapewne smacznie śpi w domu, odsypiając masakryczną podróż. A ja od godziny się zastanawiam czy już go obudzić telefonicznie czy jeszcze. Zabawne. Nie widzieliśmy się tylko tydzień, ale ja mam wrażenie jakby pół roku minęło.
Komentarze, które dawaliście odnośnie tej medycyny sporo wniosły do sprawy. Dziękuję :) Tak mi się nasunęło co do przewartościowywania medycyny. Tu nie chodzi o medycynę samą w sobie, bo po 3 latach obserwacji na obecnych studiach, a w szpitalach siedzimy od samego początku, wiem, jak wygląda sytuacja i że praca bywa za przeproszeniem chujowa. Tu chodzi o moje własne reakcje na tę chujową pracę. Tzn kocham, uwielbiam, ubóstwiam. Szczególnie salę operacyjną. Ale z medycyny zrezygnowałam już jakiś czas temu, teraz już po prostu za późno żeby to rozgrzebywać. Nie miałabym w sobie na tyle siły, żeby aż tak intensywnie walczyć o to. Dlatego jeśli się będzie dało to może wyjedziemy. Jeśli nie, to będę próbowała starać się o pracę w pewnym zawodzie związanym z medycyną, ale nie jest to ratownictwo. I tu już na uszach stanę, żeby być w tym zawodzie dobra.
Dzisiejszy dzień powinnam teoretycznie spędzić na nauce na ćwiczenia z Intensywnej terapii , bo jutro zaliczenie o 16. No ale że mój osobisty wrócił, to dzień spędzę z nim. Uczyć się pewnie będę jutro. We wtorek egzamin z wykładów z IT, którego jestem wręcz pewna, że nie zaliczę.
sobota, 28 stycznia 2012
Już jutro, już jutro, już jutro mój paskudnik wraca :D Z relacji wynika, że się właśnie pakują do samochodu :) nananana :))
Co do lekarskiego. Za późno na to. W ciagu kolejnych 4 czy 5 miesięcy mam napisać i obronić pracę, zdać egzaminy dyplomowe i parę dodatkowych egzaminów. Wątpię, żebym przerobiła cały materiał maturalny w 3 miesiące. Nie mam też kasy na utrzymanie, rodzice już w tym momencie mnie nie chcą utrzymywać. Wiem, mogłabym jeździć za granicę, zarabiać na swoje utrzymanie itp, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Musiałabym poświęcić ogromnie wiele, żeby to wszystko wypaliło. Chyba musiałabym poświęcić za dużo. Także choćbym nie wiem jak chciała, za późno na to. Wizyty Magika zawsze powodują, że mam dziwne rozkminy na temat mojego życia. Stąd wczorajsze płakanie nad rozlanym mlekiem. W sumie nie powinnam się zadręczać przeszłością. Albo po prostu powinnam moim starym dobrym zwyczajem zamieść pod dywan i udawać że jest cacy. Tak jest łatwiej. Kiepskie rozwiązanie, ale to lepsze niż płacz na temat sytuacji, której zmienić już nie mogę.
A co do mojego "obojętne mi" trochę popracuję. Nie zrobię rewolucji, ale postaram się ciut bardziej określać. Nawet jeśli będzie mi obojętne co robimy, to określę jedno z tych obojętnych mi wyjść :)
piątek, 27 stycznia 2012
Medpain
Dziś zakomunikowałam wszem i wobec iż nie będę pracować w zawodzie. Że daję dyla. Daleko. Wygląda na to, że zamierzam się odciąć od medycyny. Czasem już nie mogę na nią patrzeć. Mam jej dość. Męczy mnie. Wtedy wizja zmiany otoczenia daje ukojenie. Ale wystarczy, że przeczytam o czyimś zachwycie, bo szył pacjenta, był na sali operacyjnej, czy o tym, że czasem mając dookoła medycynę, więcej do szczęścia nie trzeba, przestaję się oszukiwać. Kocham medycynę. Gdy wyobrażam sobie życie bez niej, to tak jakbym oszukiwała samą siebie. Tylko psikus tkwi w tym, że jako ratownik, to generalnie mam mały kontakt z tym, co kocham najbardziej, a duży z tym, co potrafi maksymalnie medyka zdemotywować. I tu jest rozdarcie. Bo rezygnując z ratownikowania jednocześnie rezygnuję z tego co mnie demotywuje, ale też odcinam sobie jedyny sposób na utrzymanie jakiegokolwiek kontaktu z medycyną. Kolejne rozdarcie emocjonalne jest w moim niedostaniu się na medycynę. Tam bym jedynie miała szansę kontaktu z tym co kocham najbardziej. (Ratownictwo mi tego nie daje.) Z całą istotą mojej pasji do medycyny. Ale z drugiej strony, męczyłabym się. Paradoks. Jest coś co kocham, co potrafiło nadawać przez kilka lat mojemu życiu sens, a nie mogę tego mieć. Z jednej strony uważam, że to dobrze, że się nie dostałam na lekarski, a z drugiej tęskno mi do tego do tego stopnia, że czuję ból.
Let me decide.
Zaliczenie u dr. Chirurga brzdącowego przebiegło bardzo przyjemnie. I bezstresowo. Porozmawiałyśmy z dr. o planach na przyszłość. Weszłyśmy z Ulką zaraz po tym jak się nam w kolejkę wpierniczyła laska z 2 roku. Siedziałyśmy krótko. Zaliczone. Wykładowca ten jest jednym z nielicznych, których będę miło wspominać jeszcze długo po studiach. Posiedziałam wieczorem z Magikiem. Naturalnie jak nie brał leków na swoje adhd tak nie bierze nadal. Ale w sumie w zupełności rozumiem czemu. Sprawiają, że przestaje być sobą. Paradoks. On jest cholernie zdolny, ale jak to osoba z adhd, nie może się długo skupiać na czymś, szybko się nudzi i zmienia czynności, które wykonuje. Dlatego większości rzeczy, jak sam twierdzi-nie kończy. Natomiast po lekach skupia się fantastycznie, ale nie myśli. A przynajmniej nie w sposób, który czyni go tak cholernie zdolnym. Rozbawiło Mnie jak mi powiedział, że związał się z 31 latką. Tzn nie mam nic przeciw. Broń Boże. Rozbawiło mnie, że widocznie rocznik 89-90 ma słabość do starszych. Mamy wszyscy 21-22 lata a: Magik jest z 31 latką. Ja z 32 latkiem. Lafirynd z 36 latką.
Zastanowiła mnie jedna rzecz, którą Magik powiedział opisując swój związek. Jest z kobietą, która siłą rzeczy ze względu na wiek, wie czego chce od życia. I to "wie czego chce" najbardziej mi utkwiło w pamięci. Bo prawda jest taka, że ja mam delikatny zarys tego, czego chcę, ale żebym miała jasno określone czego potrzebuję, to już nie zawsze. I czy to jest faktycznie uwarunkowane młodym wiekiem - tzn tym, że w gruncie rzeczy to nic nie wiem o życiu, że dopiero zaczynam tak naprawdę swoje życie, czy tym, że najzwyczajniej w świecie nie zastanawiam się nad tym, albo czasem nie mam odwagi, żeby jasno wyrażać własne potrzeby, nawet, gdy wiem jakie one są. I tu po raz drugi (widać nie uczę się na błędach) muszę przyznać, że nawet, gdy wiem, czego chcę, to nie manifestuję tego w żaden sposób. Jakbym conajmniej nie miała prawa do własnych potrzeb. Piszę, że po raz drugi, bo już kiedyś miałam taki syndrom. Przez prawie 3 lata i mówię tu o sferze związków skoro już o tym mowa. Czemu nie wyrażałam czego potrzebuję? Czemu absolutnie nic nie wymagałam? Dziewczynki takie jak ja mają przeświadczenie, że ,nie powinny wymagać, czasem boją się, że gdy będą wymagać zbyt wiele, to stracą czy to faceta, czy znajomych, bo nie tylko w związkach to widać. Dziewczynki takie czasem też sądzą, że nie zasługują na dobre rzeczy w życiu. Absolutnie brak im asertywności w związku, czy to w sprawie znajomych. Znam osobiście parę takich dziewczyn. Okazuje się, że chyba jestem jedną z nich. I nie chodzi tu o to, że mi źle. Bo jest mi zajebiście pod względem obecnego związku i znajomych. Michał mnie rozpieszcza aż mi głupio czasem, bo nie wiem jak się odwdzięczyć, Marta jest kochana i pomoże we wszystkim itp. Ale już parę razy, parę osób mi powiedziało, że się nie umiem określić. Że obojętne mi gdzie się spotkamy, co robimy, co jemy itp. Prawda jest taka w sumie, że mnie jest to obojętne. Bo czy spotkam się z Martą u niej, czy u mnie, czy zjemy pizzę czy kanapki, czy będziemy spacerować z Tigerem, czy siedzieć i gadać jest mi obojętne. Bo zależy mi na spotkaniu z nią. A co robimy to szczegół. To samo z Michałem. I zarówno Marta jak i Michał mi powiedzieli, że powinnam się określać. Czego chcę, co wolę, czego oczekuję. Po części ignorowałam to, że ich to drażni i tłumaczyłam im, że ważne jest, z kim spędzam czas, a nie jak spędzam czas. Starałam się traktować to jako własną zaletę. Że nie mam chorych wymagań, że nie domagam się od ludzi Bóg wie czego itp. Ale dzisiejsze stwierdzenie Magika i ostatnie parę awantur z Mamą, która mi powiedziała że niczego od ludzi nie wymagam, skłoniło mnie do stwierdzenia, że to że nie umiem określić własnych potrzeb to prawda. I chyba obojętne mi to dlatego, że tak jest mi po prostu wygodniej. Pozwolić innym wybrać, zorganizować czas, schować się za ich decyzjami, podporządkować się. Tchórz ze mnie wychodzi na to. Parę razy starałam się na siłę wręcz określać. Ciężko mi to szło, więc ewentualna zmiana tego to będzie masakra emocjonalna. A może nie powinnam nic zmieniać?
Już piątek, już piątek, już piątek ! :D:D:D:D Jeszcze tylko 2 dni :D
Wyspana jestem, dla odmiany. Co cieszy mnie okrutnie. Położnictwo zaliczone mimo mojego świętego przekonania, że nie zaliczę. Medycyna sądowa również już wpisana. Dziś odpowiadam u doktora chirurga brzdącowego. Mam ogromną nadzieję że mnie nie przepyta od góry do dołu.
Na wieczór umówiona jestem na herbatkę z Magikiem. Powinnam być na niego wściekła i nie chcieć go widzieć, a cieszę się, że się odezwał i że pogadamy sobie jak za starych czasów :) Marta i Magik mają to wspólnego, że obydwoje to bomby pozytywnej energii. Na tych dwoje nie umiem się złościć. Tzn Magika nie chciałam widzieć na oczy przez długi czas, ale widać mi się zmieniło. Przestałam z resztą być taka krytyczna wobec niektórych. Sama popełniam wiele błędów przecież. Staram się patrzeć na "duży obraz". A z takiej perspektywy Magik wypada pozytywnie. Także cieszę się, że się dziś widzimy. Może uda nam się zakumplować jak dawniej? Jeśli mu nic nie wypadnie i nie odwoła spotkania bo w sumie wszystko możliwe :))
środa, 25 stycznia 2012
 Dzisiejszy mms. I jak mu nie zazdrościć tej Austrii? Ja tu nabawiam się powoli wrzodów z nerwów przez ten dwutygodniowy uczelniany zapierdol. A tam zupełnie inny świat :) Ja tu chodzę i fukam intensywnie na cały świat, a tam sobie śmigają po stoku :)
Miałam dziś egzamin z medycyny katastrof. Podoba mi się ten przedmiot. Podoba mi się straż. Ale że jestem dziewczynką to na ogólnym uwielbieniu do tego zawodu pozostanie. Bo posiadanie jajników uniemożliwia pracę w pewnych zawodach. I tak, wiem, są kobiety w straży. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Nie znam ani jednej laski, która dałaby sobie w czymś takim radę. Można intensywnie pierdolić jaką to jest się silną i że da sobie radę, ale prawda jest taka-że nie da. 3/4 dziewczyn które znam nie potrafi podnieść całkiem lekkich rzeczy a ich kondycja zmarła gdzieś w okresie gimnazjalnym, lub liceum. Także oszczędźcie sobie jeśli wam przyjdzie do głowy wmawiać mi, że kobiety tak dużo mogą - nie mogą :) Długi czas wierzyłam, że mogą, mimo, że od początku studiów paru wykładowców (w tym dr.NMD) nam tłukło regularnie, że lepiej byśmy wyszły idąc na pielęgniarstwo czy lekarski. Nie wierzyłyśmy. To teraz jak się którejś poszczęści to na sorze będzie robić, lub za kierowcę w transportówce. Cóż. Chciałyśmy to mamy :)
wtorek, 24 stycznia 2012
Magik miał zawsze dziwne sposoby informowania o chęci spotkania. Dzwoni:
M: Cześć Bionda co robisz? E: A właśnie do domu wróciłam z uczelni. M: Zrobisz mi herbatę? :D
Pomijam że mieliśmy się spotkać jakoś w okresie świątecznym, czyli miesiąc temu. Teraz się umówiliśmy wstępnie na piątek. Zobaczymy czy się w końcu zobaczymy. Jakoś wątpię, bo od roku nie możemy się zgadać. Wpadamy na siebie tylko czasem przypadkiem w autobusie.
Jutro mam egzamin z medycyny katastrof, w czwartek zaliczenie końcowe z położnictwa, W przyszłym tygodniu mam 5 egzaminów w ciągu 4 dni, a w piątek dentystę na 8. Ogółem to kłębek nerwów się robię i biadolenie mi się włącza. I płakać mi się momentami chce. Oj jak by mi się teraz przydało poprzytulać do Michała. A tak może mnie tylko uspokoić słownie przez smsy, za które przeze mnie zapłaci niezły rachuneczek. Ale spoko. Brak przytulania odbiję sobie w niedzielę jak wróci :)
ploteczki dupeczki :D
Otóż. Miałam wcześniej się położyć. Bowiem miałam wstać o 7 do szpitala. I wyszło na to że znów pół nocy przegadałam z Martą. Wstałam o tej 7 i pierwsze o czym myślę w takich chwilach to "rzucam studia, idę spać" ;) Więc napisałam sms do Ulki że nie idę do szpitala (nie było obowiązkowo). Ale obudziłam się do końca i 2 minuty potem napisałam że jednak idę. Na 10 mieliśmy być bloku operacyjnym na Red M. dr.NMD miał jakąś konferencję czy coś, więc powiedział, że zostajemy na 1 zabiegu tylko. Złość mnie wzięła straszna i rozpacz okrutna jak pomyślałam że mogłam spać do 12. Stałam 1,5 godziny na tej sali operacyjnej, oparta o ścianę, nie odzywając się nawet słowem. Nie, nie to że foch. Po prostu bezsens mojej podróży tam sprawił, że średnio miałam ochotę na cokolwiek, prócz powrotu do domu. Za to fajna była studentka 5 roku leku tam :) Jako że studentka leku i chirurgia w powietrzu to automatycznie mój mózg wrzasnął "ja też chcę, ja też chcę", ale skarciłam się szybko za tę myśl i powróciłam do odmóżdżenia. Nie przeżyłabym psychicznie kolejnej próby dostania się na lek.
Jedyne co mnie dziś rozbawiło okrutnie, to ploteczki. Jak w tytule. Jeśli na roku jest jakaś soczysta ploteczka to Ula o tym fakcie będzie wiedzieć. I opowiedziała mi dziś o ploteczkach na mój temat. Mamuś czego człowiek się może o sobie dowiedzieć :D Skwitowałam sprawę zdaniem, że nie interesuje mnie zbytnio co ludzie sądzą i jak zamiast się zająć swoim życiem to poprawiają zaniżone poczucie własnej wartości ploteczkami o innych to ich przecież problem jest :) Ja się zajmuję moim prywatnym a innych życie mam gdzieś. No pomijając oczywiście sprawy mojego Paskudnika, Marty, Łyśka, Szyszki itp. Ale sprawy obcych kochani to mnie serdecznie pierdolą :)) Rozbawiło mnie też przejęcie Uli gdy pytała o prawdziwość plotek :D Poważna była strasznie :) Nie Ula :) Nie prawdą są :) A szkoda bo jeszcze zabawniej by było :D
Napisałam sms do kuzynki, iż nie idę na jej wesele w lutym. Jeśli wszystko pójdzie cacy to w weekend w którym ma wesele, będę w górach. Jeśli nie na nartach to może śmigniemy na gorące źródła i ogółem się oderwiemy we czwórkę od stresów :) Mnie, Marcie i jej facetowi szczególnie się to przyda bo będziemy po sesji (Jeśli wszystko dobrze pójdzie :D ). Michał już jest dawno po studiach, to jemu to rybka :) Ogółem nie mogę się doczekać. Zdecydowanie potrzeba mi odpoczynku trochę. Dziś się kładę wcześniej spać. A przynajmniej kolejny raz sobie to obiecuję :) Paskudnik napisał mi rano sms, że obudzili go o 7 i planuje masowe morderstwo :)) Bardzo dobrze go rozumiem, bo przecież ja śpioch- lubię sobie uciąć taką 12 godzinną drzemkę czasem i gdy mnie ktoś budzi to nie najlepszy mam humor :) Nie mogę się już doczekać kiedy wróci :)
Dziś mam jeszcze ćwiczenia z chirurgii <3. Ostatnie. Uwielbiam kocham, ubóstwiam chirurgię. Szkoda, że po studiach nie będę miała kontaktu zawodowo z tym.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Generalnie to dziś ubolewam okrutnie że nie mam bieżni a na dworze biegać się nie da. Bowiem pobiegałabym chętnie. Wstałam w boskim humorze mimo że tęskni mi się za moim paskudnikiem. Ale mamusia nie mogła chyba znieść myśli że za dobry mam humor to mi tak go spierdoliła, że aż mnie gardło bolało tak się na nią darłam. Nakłamała też, mówiąc że moja siostra też cośtam mówiła o temacie naszej kłótni razem z jej mężem. No to wystosowałam do siostry i szwagra smsa o maksymalnej długości, czyli długości 10 smsów z opierdolem od góry do dołu za wpierdalanie się w moje życie. Oczywiście okazało się, że mamusia sobie zmyśliła że oni też sądzą jak ona, żeby wyszło że ma rację. Więc dnia dzisiejszego mamusia zarobiła opierdol ode mnie za wcinanie się ZNÓW tam gdzie jej opinii absolutnie nie potrzebuję i od mojej siostry z mężem za to że kłamie i ich oczernia. Nie mam siły do tej kobiety. Codziennie to samo. Rano myślałam że albo pobiję kogoś albo się rozpłaczę. Ale że nie uczyniłam żadnej z tych rzeczy to tłamsiłam w sobie emocje pół dnia. Na uczelni mi się poprawiło ale i tak uwrażliwiona byłam. Wróciłam tylko do domu to od nowa czuję się jak bomba atomowa. Więc pozostaje mi muzyka i intensywne ćwiczenia żeby się wyzbyć nadmiaru energii. I niektórzy się jeszcze dziwią, że ja chciałabym się od niej wyprowadzić jak najszybciej. Mieszkanie z nią pod jednym dachem grozi trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. Fizycznym i psychicznym.
sobota, 21 stycznia 2012
Praktyczna część zaliczenia poszła na 5. Tak wiem, mówiłam, że będzie cińko. Ale nie było. Z samej praktyki faktycznie nie jest u mnie źle. Z teorii jest, bowiem przyłapałam się że nie pamiętałam dawek niektórych leków. Mój zespół ratunkowy miał przypadek wytrzewienia i rany głowy. Narastający spadek tętna do bradykardii, wzrost ciśnienia, czyli odruch Cushinga, nierówne źrenice itp, czyli po prostu wzrost ICP. Każdy z nas po kolei był dowódcą zespołu. Ja byłam intensywnie zajęta głową. Czyli zajęłam się raną, dbałam o tlenoterapię itp. I gdy przyszła moja kolei na szefowanie to powiedziałam że na tego Cushinga to podaję mannitol, furosemid itp. Ale tu właśnie się obnaża moje zapomnienie dawek niektórych leków bo nie miałam pojęcia ile się podaje mannitolu. No ale cóż. Nie było osoby która błędu by nie popełniła. Wczoraj przymknął oko na wiele rzeczy. U każdego. I tu byłam zdziwiona paroma osobami. Bo jednak okazuje się, że wiedza teoretyczna nie zawsze daje odzwierciedlenie w praktyce. No ale cóż. Ci co będą mogli pracować w pogotowiu to się nauczą. Ja już dawno doszłam do wniosku, że nie ma co się oszukiwać. Jestem kobietą a to oznacza że nie mam przyszłości w tym zawodzie. W pogotowiu pracować nie mogę, bo przepisy bhp, jedynie sor. Bawić się w pracę w prywatnych firmach transportowych nie chcę, bo nie po to studiowałam 3 lata żeby robić za kierowcę i zarabiać takie pieniądze, że ciężko by mi było wyżyć z nich na normalnym poziomie. Już wolałabym zapieprzać jak głupia przy pacjentach za marne pieniądze, ale mieć świadomość że robię to czego mnie uczyli. A skoro nie mogę zapieprzać przy pacjentach to postaram się znaleźć inną pracę.
W sumie teraz też szukam sobie dodatkowej pracy, bo chcę zarobić na parę rzeczy. Rozglądamy się z Martą za robotą. Michał mi powiedział że jeśli chcę znaleźć pracę, żebym złożyła podanie do firmy jego znajomego, ale nie jestem pewna czy to dobry pomysł. Tak czy siak trza by znaleźć coś.
Michał wczoraj śmignął do Austrii na tydzień. Pan instruktor doskonalić będzie swoje umiejętności snowboardowe. Jak widziałam ostatnio na stoku jak on jeździ... ja też tak chcę! :D Muszę sobie na przyszły rok zarobić na sprzęt to będę ćwiczyć :) Przyjechał po mnie na uczelnię i siedział cały wieczór. Po pierwszej pojechał się jeszcze ogarnąć i wziąć rzeczy. O piątej wyjechali.
Dziś imieniny mojej siostry, na które nie idę. Nie zniosę towarzystwa jej teściów, których nie cierpię. Wpadnę do niej na tygodniu z prezentem. Tak wiem okropna jestem i pierdolona egoista. I serdecznie mam to gdzieś. Nie będę sobie nerwów psuła przy ludziach, których nie lubię bo ktoś ma takie widzimisię. Fuck off. Kupię prezent i przyjadę na kawę na tygodniu. Generalnie teoretycznie to mam w chuj roboty na ten tydzień jeśli chodzi o uczelnię i rzygam już tym wszystkim, dlatego idę się zrelaksować najpierw. Kąpiel, obiad, pogram w coś i dopiero popatrzymy co mamy do robotki.
|